“DRZEWA PYCHY” – G.K. Chesterton

G. K. Chestertona znałam dotychczas z jego przenikliwych analiz wiary i społeczeństwa zawieranych w traktatach i esejach. Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że ten charakterystyczny dla Chestertona styl błyskotliwego dowcipu (słownego i intelektualnego) autor przekładał również na strony swojej prozy. Mawiał, że literatura jest luksusem, fikcja zaś koniecznością. Może chociażby z tego właśnie powodu warto sięgnąć po zbiór jego opowiadań?

dav

Tytułowe “Drzewa pychy”, przyznam szczerze, nie urzekły mnie. Jednak jako czytelnik otrzymałam to, co lubię najbardziej – wzrastającą z każdą kolejną stroną satysfakcję. Kilka opowiadań zasługuje tu na szczególną uwagę: “Dwie gospody”, “Jak znalazłem Nadczłowieka”, “Legenda o św. Franciszku”, “Nawrócenie antychrysta” (chyba mój ulubiony tekst ze zbioru. Przenikliwy, sprytny, sokrateńsko-chestertonowy), “O świeckiej edukacji”, “O prywatnej własności” (choć brzmią jak tytuły rozpraw, kryją się za nimi historie nieprawdopodobnie zaskakujące), “Ujemne strony posiadania dwóch głów” (które powinno być obowiązkową lekturą szkolną, jeżeli zależy nam na wzrastaniu myślącego, szacownego społeczeństwa! Jeżeli…)

Wymienione przeze mnie teksty stanowią bardzo aktualny obraz (choć niektóre z nich powstały ponad sto lat temu) myśli społecznej i współczesnego postępowania świata, które Chesterton poddawał zawsze wnikliwej krytyce. Zbigniew Herbert napisał w liście do studentów: “I nie bądźcie na litość Boską nowocześni”. Chesterton taką właśnie myśl konsekwentnie w swoich opowiadaniach powtarza. Nie dosłownie. Obrazuje, jakie czekają nas konsekwencje tej niedojrzałej i ubogiej “nowoczesnej” postawy.

“O ŻOŁNIERZACH POLSKIEJ MAFII” – Masa i Górski

W zeszłym miesiącu kupiłam kilka książek. Powzięłam wtedy postanowienie – to ostanie książki w tym roku! Było to szczere i naprawdę chciałam dotrzymać danego sobie słowa. Dwa tygodnie temu stałam w kolejce w sklepie z prasą i książkami. Obok na półce: „Masa. O żołnierzach polskiej mafii”. Ileż podobnych pozycji już opublikowano! Ile już rozmów z Masą przeprowadził pan Górski?! O kobietach, o bossach, o porachunkach? Dodamy może jeszcze dysputy o słoniach, paprociach i domkach letniskowych? Ciągłe wywiady z Masą. Nie ma w tym kraju innych byłych gangsterów, z którymi warto by porozmawiać? Inni nie chcą? Nie są tak otwarci, jak pan Sokołowski? Jednak biorę książkę do ręki. Otwieram na przypadkowej stronie i czytam. Czytam aż nie dojdę do kasy. I tak moje postanowienie umarło w konwulsjach. Biorę!

dav
dav

Lektura szybka. Trudno tu mówić, że „przyjemna”, bo temat parszywy, a jednak nie mogę kłamać – przyniosła satysfakcji co nie miara. Rozmowy z osobami „ze środowiska” to od jakiegoś czasu moja ulubiona forma literatury. Zawierają bowiem nie tylko interesujące historie, ale bywa że zaskakują „bogactwem” językowym (tym kuchennym, prawdziwym).

Nie każda rozmowa jest taka sama i nie każdy redaktor jest jednakowo dociekliwy. Artur Górski w tych dysputach radzi sobie świetnie. Może sprawiły to liczne wypite z rozmówcami whiskacze, a może wrodzony urok, że byli gangsterzy stają przed nim w prawdzie. Dzielą się opowieściami, które czasami chyba powinni zachować dla siebie (jak opowieść o zdobywaniu, przerabianiu i przewożeniu broni z Niemiec do Polski). Tam, gdzie jednak gryzą się w język i nie dopowiadają pewnych rzeczy, odnosiłam wrażenie puszczonego oka do redaktora i czytelnika jednocześnie. Dopowiedzieć można sobie wiele.

Momentami, historia opowiadana przez gangsterów (nie tylko Masę) przybiera formę kryminału. Można się zapomnieć. I to chyba zasługa redaktora Górskiego, który z pewnością tekst edytował. Podkręcił nieco tu i ówdzie używając swojej smykałki literata.

Jeśli wydaje się wam, że wiecie już wszystko, o czym kiedykolwiek, gdziekolwiek opowiedział Masa, a nie czytaliście książki „O żołnierzach”, to zdecydowanie macie braki! Zachęcam do uzupełnienia wiedzy.

“OFICER” – Wojciech Sumliński

Osoba przekazująca pewną historię może być dobrym pisarzem, dobrym opowiadaczem, bądź jednym i drugim. Jak to jest z redaktorem Sumlińskim?

Po raz pierwszy z jego pracą zetknęłam się dopiero w 2015 roku. Lepiej późno niż wcale. Zdaje się, że „wypłynął” mi jeden z jego wywiadów umieszczonych na YouTubie, gdzieś między wykładami Brauna, Michalkiewicza, Przybyła i innych ludzi, którzy próbują dojść do sedna, odkryć prawdę o historii, polityce i wszystkim tym, co wydaje się poza wpływem przeciętnego człowieka. Tak naprawdę, są to tematy niehermetyczne, przenikają się wzajemnie i sprowadzają do kwestii bardzo podstawowych, związanych z kulturą i naturą człowieka. Jak bardzo ukazuje tę prawidłowość jedna z ostatnich książek Sumlińskiego „Oficer”!

oficer

Mam już za sobą lekturę wielu jego książek (choć nie wszystkich). Dlaczego zdecydowałam się na zrecenzowanie jednej z nich dopiero teraz? Ponieważ poprzednim nie miałam nic lub prawie nic do zarzucenia! Jakże nudna i nieprzyzwoicie tandetna byłaby recenzja całkowicie pozbawiona krytyki? Tak że w tym przypadku nie obędzie się bez krytyki. Zachowując jednak pewną strategię dyplomatyczną zacznę od pochwał.

W moim domu książek nie brakuje. Można je odkryć w różnych miejscach, czasami zaskakujących. „Oficer” znajdzie swoje miejsce gdzieś pod ręką. To jest książka do której zdecydowanie powrócę jeszcze nieraz. Przede wszystkim ze względu na jej ładunek informacyjny o pracy i prawidłach rządzących pracą służb, co dla mnie – osoby piszącej o światku przestępczym i środowisku policyjnym, stanowi rzecz niezwykle wartościową.

screenshot-2016-12-07-22-01-43

Może niektórzy z was już wiedzą, że Sumliński jest „moim człowiekiem”, czyli takim, którego czytam, słucham i podziwiam. Nie bez powodu główny bohater „Polowania na Wilka” został oderwany od lektury „Lobotomii”. Dla tych, którzy nie wiedzą, bo nie pokusili się sprawdzić, spieszę z wyjaśnieniem, że jest to książka autorstwa właśnie redaktora.

Lektura „Oficera” od pierwszych stron przynosiła mi wiele satysfakcji, ponieważ przypominała „rozmowę” z dobrym znajomym. Gawędziarski styl, stałe, charakterystyczne dla niego frazy i określenia, jak na przykład te: „Wyglądał, jakby coś sobie ważył.”, albo „Patrzył na mnie wzrokiem nieznoszącym sprzeciwu”. Szkoda tylko, że owe formy powtarzają się co kilka stron.

Cała narracja prowadzona jest w pierwszej osobie. Nie ma wątpliwości, kim jest opowiadający. Nie. Właśnie jest mała wątpliwość. Opowiada Tomasz Budzyński (tytułowy „Oficer”), jednak robi to słowami Sumlińskiego. Redaktor twierdzi, że opowieść spisał major, z kolei po jego stronie stała edycja tekstu i nadanie mu formy przystępnej dla czytelnika. Mam jednak poczucie, że zmiany były dość daleko idące. Ba! Zaszły tak daleko, że pod koniec książki, kiedy dochodzi do spotkania oficera i redaktora, narrator myli się, który z nich to „ja”, a który „on”. Powiem szczerze – nie mam serca winić za tę gafę autora. Gdzie był korektor, gdzie redaktor, kiedy ich potrzeba?! Niestety tekst wygląda jak “surówka”. Brak akapitów, liczne powtórzenia, literówki… O interpunkcji się nie wypowiem, bo sama nie jestem w niej orłem, ale domyślam się, że i tutaj znalazłyby się liczne „farfocle”. Nie wiem, jaki był nakład tej książki, ale jeśli będzie szykował się dodruk (a życzę tego panu Sumlińskiemu z całego serca), bardzo proszę pomyśleć nad zmianą ekipy edytorskiej, bądź powrotem do starej.

Trochę w książce popisałam, trochę pozaznaczałam (a nie robię tego często). Opowieści majora Budzyńskiego są tak niepokojące jak fascynujące. Jak można wyprać pieniądze? Jak zabezpieczyć operację zakładania podsłuchu? Jak prawidłowo przeprowadzić obserwację? Jak pozyskać współpracownika? Odpowiedzi na te i inne pytania zawarte są w książce. Nie jest to jednak podręcznik pokroju „Specsłużby dla idiotów”. Wszystkie informacje wplecione są w barwne opisy przeprowadzanych operacji. Miejscami czyta się je jak dobrą powieść sensacyjną. Mój ulubiony rozdział: „Przypadek – nie przypadek” (w tym światku „przypadki” nie istnieją), jest świetnym materiałem na bestsellerową powieść lub film.

“Śmierć to najważniejszy moment życia.”

Z czym zostajemy po lekturze „Oficera”? Jakie towarzyszą nam emocje? Dla mnie była to książka gorzka, lecz pozostawiająca za sobą ślad nadziei. Nie sposób o niej mówić w oderwaniu od rzeczywistości. Opowiada ona przecież historię prawdziwą, a jej narrator jest człowiekiem z krwi i kości. Niepodobna wyobrazić sobie, jaki zgotowano mu los. Nie sposób osądzić człowieka, kiedy nie przeszło się przez podobne do jego przedpiekle. Opis tragicznego zdarzenia, jakim było pogrzebanie żywcem, musiałam przeczytać kilka razy próbując zrozumieć. Nie tekst a człowieka. Czy naprawdę możliwa jest taka zmiana? Dogłębna metanoja? Ile po takim doświadczeniu pozostaje w człowieku goryczy, a ile pokory i nadziei? Na te pytania nie znajdę jednoznacznej odpowiedzi i może wcale nie chcę jej znaleźć. Wolę wierzyć, że nawet jeśli człowiek zapomni o Bogu, ten nigdy nie zapomina o człowieku.

Spróbuję jednak sformułować odpowiedź na pytanie otwierające tę recenzję. Jak to jest z redaktorem Sumlińskim – dobry opowiadacz, pisarz, jedno i drugie? Na pewno świetny redaktor. Oby polska ziemia rodziła więcej jemu podobnych. Mogę go słuchać godzinami, a czytałoby mi się znacznie przyjemniej, gdyby zaufał dobremu edytorowi.